Po raz kolejny polscy kolarze pokazali się z bardzo dobrej strony na trasie Giro d’Italia, potwierdzając bardzo wysoką formę.
Na dziesiątym etapie ogromny sukces odniósł Bartosz Huzarski, który jechał w ucieczce, a gdy jej przewaga zaczęła topnieć, odskoczył od niej razem z Joaquimem Rodriguezem z Katiuszy. Ostatecznie to Hiszpan okazał się lepszy, jednak Polak zajął drugie miejsce, co jest bardzo dużym osiągnięciem.
Z kolei na dwunastym etapie, zgodnie z zapowiedzią bardzo ambitnie walczył Michał Gołaś. Przez większą część etapu jechał w kilkuosobowej ucieczce, a następnie zdecydował się na samotną ucieczkę, która trwała przez około dwadzieścia kilometrów. Niestety Michał opadł z sił, został dogoniony i wyprzedzony przez towarzyszy ucieczki. Na metę dotarł jednak jako dziewiąty, co jest niezłym wynikiem. O wiele ważniejsze jest to, że Gołaś wygrywał po drodze trzy premie górskie, dzięki czemu jako pierwszy Polak w historii zdobył niebieską koszulkę dla najlepszego górala! W tej klasyfikacji zgromadził już łącznie 33 punkty.
Michał zapowiada walkę o utrzymanie koszulki najlepszego górala, a walkę na górskich etapach zapowiada również Bartosz Huzarski. Zarówno on, jak i Sylwester Szmyd, cały czas plasują się w pierwszej dwudziestce klasyfikacji generalnej. Niestety z wyścigu musiał wycofać się Tomasz Marczyński, który po ostatniej kraksie ma złamane żebro i założone jedenaście szwów.
Michałowi Gołasiowi nie udało się zdobyć koszulki lidera Giro d’Italia. Kolarz Omega Pharma-Quick Step zmęczony ucieczką poprzedniego dnia, nie wytrzymał tempa na podjeździe i nie chcąc tracić sił - odpuścił. Zapowiada jednak, że powalczy jeszcze o podium na dwunastym etapie.
Dzień później wspaniałą, około dwustukilometrową ucieczką popisał się Tomasz Marczyński, wygrywając po drodze premię górską oraz lotną. Ostatecznie ucieczka została doścignięta przez peleton, a zmęczony Marczyński zanotował sporą stratę. Jednak dobrze pojechali inni Polacy. Bartosz Huzarski zameldował się na mecie na ósmym miejscu, a Sylwek Szmyd na dwudziestym piątym, jednak z tym samym czasem, co większość zawodników z czołówki. Dzięki temu Szmyd awansował na szesnaste miejsce w klasyfikacji generalnej.
Głównym zadaniem Szmyda jest wpieranie lidera Liquiasu – Ivana Basso, więc nie może on sobie pozwolić na ucieczki. Jedyną szansą dla niego na zajęcie przyzwoitej pozycji w generalce, jest docieranie na metę wraz z grupą liderów, nie zaliczając dużej straty. Niestety obserwując pracę Liquigasu na podjazdach, kiedy nadają tempo peletonowi goniącemu uciekinierów, nie możemy być zbytnio zadowoleni. Wydaje się, że główny ciężar spoczywa właśnie na Sylwku, a tacy zawodnicy jak Damiano Caruso i Eros Capecchi oszczędzają trochę siły, dzięki czemu to oni, a nie Szmyd, znajdują się razem z Basso w pierwszej dziesiątce wyścigu.
Przed nami jeszcze sporo ciekawych etapów, na których powinni również pokazywać się polscy kolarze. Szczególnie czekam na wysokie góry, bo tam Sylwester Szmyd i Przemysław Niemiec, którzy są w swoich ekipach gregario, mogą pokazać klasę.
Cóż tutaj dużo mówić. Nasze trio z Borussii Dortmund w fantastyczny sposób zwieńczyło świetny sezon w klubie. Do obronionego tytułu mistrza Niemiec, dorzucili puchar. A w finale roznieśli 5:2 nie byle kogo, bo tegorocznego finalistę Ligi Mistrzów – Bayern Monachium.
Asysty w tym meczu zaliczyli Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, a Robert Lewandowski popisał się hattrickiem, dzięki czemu został najskuteczniejszym zawodnikiem rozgrywek. Nie licząc niezbyt udanych występów w Lidze Mistrzów, dla całej naszej trójki był to znakomity sezon. Wszyscy strzelali bramki, asystowali, błyszczeli, decydowali o obliczu i wynikach Borussii. Ich postawa została doceniona przez fachowców, którzy wybrali ich do jedenastki sezonu magazynów „Kicker” oraz „Bild”.
Polacy z Dortmundu są wyraźnie w gazie. I oby ta forma utrzymała się do Euro, bo przy takiej grze naszych liderów, mamy szansę nieźle namieszać na kontynentalnym czempionacie. Wystarczy popatrzeć i nie trzeba komentarza:
W pierwszym z tegorocznych Wielkich Tourów – Giro d’Italia, startuje aż siedmiu kolarzy z Polski. I wcale nie jest to przypadek, że w tak prestiżowym wyścigu, w mocnych ekipach jedzie tylu naszych rodaków.
Oczywiście nie jest to liczba oszołamiająca, ale biorąc pod uwagę ogólną ilość naszych zawodników w grupach zawodowych i fakt, że polskie kolarstwo dopiero się odradza, możemy być zadowoleni. A, że są wyraźne postępy, świadczy tegoroczna postawa wielu Polaków.
Na starcie Giro stanęli: Przemysław Niemiec (Lampre-Isd), Sylwestar Szmyd i Maciej Bodnar (Liquigas-Cannondale), Michał Gołaś i Michał Kwiatkowski (Omega Pharma – Quick Step), Bartosz Huzarski (NetApp) oraz Tomasz Marczyński (Vacansoleil-DCM).
Najlepiej z nich w tym sezonie spisywał się Sylwek Szmyd. Zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Giro del Trentino, gdzie na etapach był drugi i czwarty, oraz siódme miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de Romandie, gdzie na etapach był m.in. szósty i dwunasty. Ponadto był dwukrotnie trzeci na etapach Volta a Catalunya, a także ósmy i trzynasty w Paryż – Nicea.
Michał Gołaś był drugi i piętnasty na etapach Volta a Catalunya, siedemnasty na etapie Vuelta al País Vasco oraz dziewiąty na jednym z etapów Tour of Turkey, gdzie w klasyfikacji generalnej również uplasował się na dziewiątej pozycji.
Bartosz Huzarski zajmował trzecie, siódme i jedenaste miejsce na etapach Settimana Coppi e Bartali, a w klasyfikacji generalnej był drugi. Z kolei na Giro del Trentino na etapach był siódmy i dziesiąty.
Michał Kwiatkowski w prologu Tour de Romandie uplasował się na szesnastej pozycji. Nieźle w tym sezonie radzi sobie również Maciej Paterski z Liquigasu, który na Giro niestety nie pojechał. Osiągał on dobre miejsca etapowe na Volta a Catalunya – dziewiąte oraz na Tour de Romandie – piąte, siódme i dwunaste. Przez pechową kontuzję, na Giro nie pojechał również Rafał Majka, który miał być na tym wyścigu liderem ekipy Saxo Bank.
Polacy potwierdzili swoją formę już na samym Giro. W pierwszym etapie – indywidualnej jeździe na czas, Maciej Bodnar był piętnasty, a Michał Kwiatkowski osiemnasty. Bodnar mógł zająć znacznie wyższą pozycję, nawet szóstą. Niestety na około kilometr przed metą, zablokowały go samochody, w tym sędziowski, przez co stracił nawet dziesięć sekund.
Jednak w żaden sposób nie osłabiło to ducha walki u Polaków. Na dzisiejszym, szóstym etapie, Michał Gołaś zajął trzecie miejsce, zdobywając tym samym pozycję wicelidera klasyfikacji generalnej. Dzięki punktom zdobytym podczas długiej ucieczki, zajmuje on także drugie miejsce w klasyfikacji górskiej. To na pewno sporo i bardzo miła niespodzianka, że Polak zajmuje drugie miejsce w klasyfikacji generalnej tak ważnego wyścigu. Ale to nie koniec. W generalce wysoko sklasyfikowanych jest jeszcze dwóch naszych zawodników. Michał Kwiatkowski jest jedenasty, a Maciej Bodnar piętnasty.
Z całą pewnością utrzymać tak wysokie pozycje byłoby ogromną sztuką, szczególnie kiedy przyjdą na prawdę ciężkie etapy w górach. Ale na pewno możemy jeszcze liczyć na dobrą jazdę i harce Polaków na kolejnych etapach. I patrząc na wyniki osiągane przez nich podczas Giro d’Italia, jak i wcześniejszych tegorocznych wyścigach, można mieć śmiałą nadzieję, że nasze kolarstwo będzie odradzało się w coraz to szybszym tempie.
Narodowcy Stargard sprzeciwiają się ratyfikacji przez Polskę oraz Parlament Europejski umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi – ACTA. W swoich założeniach pakt ten ma zwalczać m.in. naruszenia własności intelektualnej i tzw. piractwo. Sama idea walki z tym procederem jest ze wszech miar słuszna. Wśród stargardzkich narodowców również są osoby, dla których ochrona praw autorskich i własności intelektualnej jest żywotnym interesem. Niestety w praktyce wprowadzenie tej umowy, może skutkować szeroko zakrojoną cenzurą Internetu, zarówno ze strony instytucji międzynarodowych, jak i krajowych. O tym, że środowiska związane z obozem rządzącym chcą wprowadzić w Polsce cenzurę, można przekonać się od kilku lat. Aresztowane i karane były osoby organizujące legalne marsze, blogerzy i internauci tworzący strony oraz serwisy, a także ludzie chcący bez skrępowania manifestować i wyrażać swoje poglądy. Nawet najbardziej szczytna idea nie może być przyczynkiem do wprowadzenia cenzury i ograniczenia wolności słowa!
Wielu mainstremowych polityków twierdzi, że ACTA pomoże także zwalczać znieważanie, obrażanie i pomawianie w Internecie. Narodowcy Stargard od dawna sprzeciwiają się postawom promowanym przez kryjących się za maską anonimowości internautów. Od pewnego czasu również na stargardzkich portalach można zaobserwować coraz liczniejsze grono szerzących nienawiść szowinistów, cechujących się aberracją w lewą albo prawą stronę, bądź też w swoim mniemaniu apolitycznych. Ich pogarda do innych ludzi oraz poziom kultury odbiegający od wszelkich standardów, zasługują jedynie na potępienie. Nie łudźmy się jednak, że ACTA ma na celu ułatwienie dochodzenia praw przeciętnego człowieka i obronę czegoś więcej, niż interesów państwowych reżimów oraz międzynarodowych instytucji i korporacji. ACTA umożliwi stworzenie mechanizmu kontroli społecznej, a wtedy wolność każdego z nas będzie zagrożona.
Złodzieja trzeba karać, a chama ignorować. Na cenzurowanie Internetu i zamykanie ust społeczeństwu, stanowczo się nie zgadzamy!
Od dobrych kilku dni wrze po wydarzeniach, jakie miały miejsce przy okazji meczu Litwa – Polska, rozgrywanego w ubiegły piątek w Kownie. Oczywiście gromy krytyki, jak zwykle posypały się na polskich kibiców (w żadnym wypadku pseudokibiców – pseudokibicem to może być polityk, który pojawia się na meczu na potrzeby kampanii wyborczej).
Owszem, polscy kibice święci nie są, a przemoc i agresja nie są najlepszymi argumentami do rozwiązywania jakichkolwiek problemów. Nasi szalikowcy zrobili zadymę, coś tam rozwalili, odpalili kilka rac i zaatakowali litewską policję. Ale czy ktoś zastanowił się, jaki był tego powód? Bo może wcale nie jest tak, jak próbują nam wmówić media, że było to zwykłe chuligaństwo i akt wandalizmu. Może za ich zachowaniem kryło się coś więcej, niż tylko sztuka dla sztuki?
Kto nie słyszał o dyskryminacji polskiej mniejszości na Litwie? Powszechnie wiadomym jest, że problem istnieje od lat. Jednak chyba nie dla naszych rodzimych polityków, którzy zdaje się, nie zauważają go. Ale na pewno słyszeli o tym kibice. I w odróżnieniu od naszego żałosnego i nieudolnego rządu, postanowili zaakcentować ten problem, ścierając się z litewskimi szowinistami. Szczególnie teraz, kiedy następuje eskalacja działań nieprzyjaznych Polakom.
Prezydent Litwy - Dalia Grybauskaite podpisała nowelizację ustawy o oświacie, która ma wejść w życie 1 lipca br. Co to oznacza dla Polaków mieszkających na Litwie? Między innymi likwidację około połowy polskich szkół, a także szereg innych działań i decyzji, mających na celu przymusową asymilację polskiej mniejszości.
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wyraziło jedynie ubolewanie, nad zaistniałym faktem. Do prawdy, wiele wnoszące i konstruktywne działanie. Gdyby była taka możliwość, najchętniej pominięto by cały problem milczeniem.
Jednak znaleźli się ludzie, którzy pojechali do malutkiego kraju, który powinien być naszym siedemnastym województwem i swoim zachowaniem podnieśli raban. Jak można było się spodziewać, PZPNowski beton włączył zdartą płytę, krzycząc o bandytyzmie. Chętnie wtórował, miłościwie panujący nam premier Tusk, bredzący coś o hańbie i kompromitacji dla Polaków.
Panie Tusk, jak pan śmie wypowiadać się o tym, co dla nas Polaków może być hańbą? Co pan może wiedzieć o dumie i godności Polaka, gdy w kraju, w którym sprawuje pan władzę, dyskryminuje się ludzi za miłość do Narodu i Ojczyzny, a coraz większe rzesze rodaków ze słowem kompromitacja, utożsamiają wszelkie działania pańskiego rządu?
Na koniec jeszcze raz podkreślę, że przemoc nie jest dobrym wyjściem, z jakiejkolwiek sytuacji i nie mam zamiaru nikogo na siłę bronić. Pobudki każdego polskiego kibica, będącego owego feralnego piątku w Kownie, też oczywiście mogły być różne. Ale polskie „elity” nie mają prawa oceniać tych ludzi. Szczególnie w momencie, kiedy nie pomagają polskiej mniejszości, a z agresorów (szowinistycznych Litwinów) robią ofiary.
Poznaliśmy pary ćwierćfinałowe oraz potencjalne półfinałowe Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej.
W LM wydaje się, że najciekawsza będzie rywalizacja między Chelsea Londyn i Manchesterem United. Zwycięzca tego dwumeczu w półfinale może trafić na Inter Mediolan. Z kolei w drugim półfinale jest szansa na potyczkę Realu Madryt z FC Barceloną.
W LE do finałowej ósemki dotarły aż trzy kluby portugalskie. Pogromca Lecha Poznań – Sporting Braga, który w poprzedniej rundzie wyeliminował FC Liverpool, zmierzy się z Dynamem Kijów, które również pokonało angielski klub – Manchester City.
Pary 1/4 finału Ligi Mistrzów:
Real Madryt - Tottenham Londyn Chelsea Londyn - Manchester United FC Barcelona - Szachtar Donieck Inter Mediolan - Schalke 04
Pary półfinałowe:
Schalke/Inter - Chelsea/Manchester FC Barcelona/Szachtar - Real/Tottenham Pary 1/4 rozgrywek Ligi Europejskiej:
FC Porto - Spartak Moskwa Benfica Lizbona - PSV Eindhoven Villarreal - Twente Enschede Braga - Dynamo Kijów
Znamy już wszystkich czterech półfinalistów Pucharu Polski. Do Lecha Poznań i Legii Warszawa, dołączyły Lechia Gdańsk oraz Podbeskidzie Bielsko-Biała. Oba kluby po „zwycięskich remisach”.
O ile awans Lechii nie jest jakąś dużą niespodzianką (szczególnie w kontekście odniesionego nad Jagiellonią kilka dni wcześniej zwycięstwa 2:1 w lidze), to sukces Podbeskidzia można traktować w kategoriach sensacji.
Zgoda, drużyna z Bielska-Białej jest czołową ekipą pierwszej ligi, z bardzo dużymi szansami na występy w przyszłym sezonie w ekstraklasie. Ale Wisła Kraków, z którą w pierwszym meczu Podbeskidzie wygrało 1:0, a w rewanżu zremisowało 2:2, jest liderem ekstraklasy i drużyną, która na wiosnę spisuje się w niej zdecydowanie najlepiej.
Być może zarówno Wisła jak i Jagiellonia nie potraktowały tych rozgrywek priorytetowo i nie zagrały w swoich meczach na maksimum możliwości, woląc skupić się na walce o mistrzostwo. Szanse na tytuł ma wciąż Legia, ale tuż za nią, z jednopunktową stratą, jest Lechia. Wydaje się więc, że w zaistniałej sytuacji oba te zespoły będą starały się powalczyć o dublet.
Coraz mniejsze szanse na korzystną pozycję w lidze na Lech i zdobycie pucharu może okazać się dla niego przepustką do europejskich rozgrywek. Można więc się spodziewać wzmożonej determinacji poznaniaków, szczególnie że upragniony sukces jest prawie na wyciągnięcie ręki.
Z całej czwórki najmniejsze szanse na awans do finału, dawane są oczywiście Podbeskidziu. Ale po tym, co ta drużyna pokazywała do tej pory, wszelkie powątpiewanie mogą okazać się bezpodstawne. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, że w ubiegłym roku w finale również wystąpiła drużyna z zaplecza ekstraklasy – Pogoń Szczecin.
Niemiec Tony Martin (HTC-Higroad) wygrał wyścig Paryż-Nicea, zaś Australijczyk Cadel Evans (BMC Racing) – Tirreno-Adriatico.
Paryż-Nicea, nazywany „wyścigiem w stronę słońca”, liczył osiem etapów. Wygrywali je kolejno: Belg Thomas De Gendt (Vacansoleil), Nowozelandczyk Greg Henderson (Sky ProCycling), Australijczyk Matthew Goss (HTC-Highroad), Francuz Thomas Voeckler (Europcar), który był najlepszy również na ósmym etapie, Niemiec Andreas Klöden (RadioShack), Tony Martin i Francuz Rémy Di Gregorio (Astana). Kluczowym etapem, okazał się etap szósty – indywidualna jazda na czas, który z dużą przewagą nad rywalami wygrał Martin i dzięki uzyskanym cennym sekundom, mógł cieszyć się już do końca wyścigu, prowadzeniem w klasyfikacji generalnej. Na podium za Niemcem uplasował się jego rodak Klöden oraz Anglik Braddley Wiggins (Sky ProCycling). Jedyny startujący Polak – Maciej Paterski (Liquigas) zajął osiemdziesiątą dziewiątą pozycję.
Tirreno-Adriatico zwany „wyścigiem dwóch mórz” rozpoczął się od drużynowej jazdy na czas, którą wygrała drużyna Rabobanku, a jako pierwszy linię mety minął Holender Lars Boom. Kolejne etapy wygrywali: Amerykanin Tyler Farrar (Garmin), Argentyńczyk Juan José Haedo (Saxo Bank), Włoch Michele Scarponi (Lampre), Belg Philippe Gilbert (Omega Pharma-Lotto), Cadel Evans, a w ostatnim etapie – indywidualnej jeździe na czas, najlepszy był Szwajcar Fabian Cancellara (Leopard Trek). Evans wygrał klasyfikację generalną z kilkunastosekundową przewagą nad Holendrem Robertem Gesinkiem (Rabobank) i Scarponim. Tuż za podium uplasowali się dwaj Włosi z Liquigasu – Ivan Basso i Vicenzo Nibali. Ich kolega z drużyny – Maciej Bodnar zajął osiemdziesiątą pierwszą pozycję, a drugi z Polaków – Przemysław Niemiec (Lampre) zdobył całkiem niezłą - trzydziestą siódmą lokatę.
A już w najbliższą sobotę, 19 marca, odbędzie się pierwszy w tym roku, duży jednodniowy klasyk Milan-San Remo.
A to filmik promujący Tirreno-Adriatico. Takie spoty zachęcają do oglądania kolarstwa.
Warszawska Legia pokonała w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu Polski, Ruch Chorzów 2:0. W pierwszym meczu na Śląsku było 1:1 i Legii do awansu wystarczył bezbramkowy remis.
Mimo tego, Legia nie zakładała planu minimum i postarała się o promocję, dzięki zwycięstwu na własnym boisku. Co prawda pierwsza połowa była dosyć nudna, za to druga część spotkania zrekompensowała brak emocji za całe dziewięćdziesiąt minut.
Legia od początku grała nieźle, miała przewagę w posiadaniu piłki i przeprowadzała więcej składnych akcji. Niestety wszystkie kończyły się z dala od bramki Michała Peskovića. Dopiero pod koniec pierwszej połowy bramce Ruchu zagroził Michał Kucharczyk, który oddał silny strzał z około trzydziestu metrów. Bramkarz chorzowian po niepewnej interwencji przerzucił piłkę nad poprzeczką. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego do piłki doszedł Ivica Vrdoljak i ładnym uderzeniem głową, strzelił Ruchowi bramkę do szatni.
W drugiej połowie mogliśmy oglądać Legię grającą tak, jakby tego sobie życzył Maciej Skorża, na co dzień. Dużo podań, spokojne rozgrywanie piłki, składne akcje oboma skrzydłami, niezłe dośrodkowania. Brakowało jedynie skuteczności. Udało się jedynie podwyższyć na 2:0, po strzale z dystansu Ivicy Vrdoljaka, który tym meczem już ostatecznie potwierdził swoją klasę. Bardzo dobrze grał również Miroslav Radović, duże zagrożenie pod bramką rywali stwarzał Michał Kucharczyk, nieźle rozgrywał oraz rozbijał ataki rywali Alejandro Cabral, dobrze w akcje ofensywne włączali się obaj boczni obrońcy Legii – Jakubowie Rzeźniczak i Wawrzyniak, aktywny był młody Rafał Wolski, a także wprowadzony w drugiej części spotkania Felix Ogbuke. Szkoda, że bramki nie strzelił Bruno Mezenga. Ale on niestety cały czas gra dużo poniżej oczekiwań.
Trener Skorża ma w zespole wielu świetnych piłkarzy. Wystarczająco wielu, żeby powalczyć zarówno o Puchar Polski oraz tytuł mistrzowski. Jeśli będzie potrafił dobrać na rywali odpowiednią taktykę, a jego zawodnicy nie będą grali w kratkę, są na to spore szanse. Niestety Legia potrafi być tak samo świetna, jak nieprzewidywalna...